sobota, 20 maja 2017

Natalia Popiela




"Sierść Pana Winslowa była już miękka i puszysta. Cóż, może mycie kotów nie należy do przyjemnych zajęć, zwłaszcza jeśli twój kot reaguje na wodę jak na widok śmierci oraz samobójstwa. Piwne oczy Shelly spoglądające na kota, który chyba wciąż przeżywał traumę, znalazły sobie inny obiekt zainteresowania. Nadszedł czas na zrealizowanie planu.                                                                                                                                         
- Tato, opowiesz mi może tę historię? No wiesz, ty i Billy... - namawiała zmęczonego tatę dziewczynka.
- Shelly, Shelly... Powinnaś mieć napisane na czole: Uwaga! Dociekliwa dziewczyna, która nigdy nie da ci spokoju - zaśmiał się w głos pan Anderwhill.
- Ha, ha. Bardzo śmieszne... To opowiesz, czy nie?! - Shelly stawiała na swoim.
- A więc tak... - zaczął Tom - To całe wydarzenie miało miejsce w 1970 roku, wyobraź sobie to dziecko... Piękne, stare czasy... Wówczas to u nas w Londynie pani Hattaway - moja jakże bezduszna sąsiadka - cieszyła się ze swojego diamentu. A był on wielkości kurzego jaja! Pewnego dnia ktoś okradł panią Hattaway. Policja nic nie mogła zdziałać. Musiał to zrobić ktoś z osiedla, a oni nikogo nie znali. Mój rosyjski kolega, Billy przyszedł do mnie i rzekł, że dla tego, kto znajdzie złodzieja czeka nagroda w wysokości dwudziestu tysięcy dolarów. Nie mogłem odmówić! Nasze śledztwo opierało się jedynie na obserwowaniu akcji i reakcji. Trwało to dość długo zanim odkryliśmy, kto zabrał diament. Gdy zdobyliśmy go w swoje ręce natychmiast poszliśmy do właścicielki. I tak zdobyliśmy pieniądze... I się tu przeprowadziłem...
- Szkoda, że się wyprowadziłeś i mieszkamy tu w Polsce... - nadąsała się Shelly.
- Co ty mówisz?! Zamieszkaliśmy w najlepszym miejscu pod słońcem!
- W sensie, że Bydgoszcz? Ha. To słońce musi być ogromne, aby oślepić swym blaskiem i sprawić, że to miasto jest cudne. Ja tu nikogo nie znam! Na dodatek nie chodzę do szkoły! Tylko książki mi przynosisz... No i komputer... Pan Winslow boi się wychodzić z domu! I to ma być najlepsze miejsce pod słońcem?! - wykrzyknęła Shelly i wyszła z pomieszczenia.
- Tomie Anderwhill, tej nastolatki już nie zrozumiesz! - zaśmiał się do siebie, po czym przysnął na kanapie.
Następnego poranka bladożółte słońce wyszło zza bloków i pożegnało śniady księżyc. Ptaki, które na wiosnę założyły tu swoje gniazda, teraz jakby nigdy nic odleciały hen za horyzont. Tom - jak zwykle - wybrał się do pracy. Shelly miała czas dla siebie.
- Ósma rano - rzekła do siebie - No. Przynajmniej będę mogła popatrzeć jak te dzieciaki z żalem wchodzą do szkoły.
Shelly wyszła na dwór. Słońce, które rankiem wyszło na świat tkwiło teraz w cieniu za chmurami. Domykając drzwi klatki schodowej, kątem oka dziewczyna ujrzała wysokiego chłopaka o ciemnych włosach.
- Niech to! Znowu on! - szepnęła Shelly.
Idąc w głąb bukowej alejki, dziewczyna poczuła, że nie jest sama. Ewidentnie czuła czyjąś obecność. Z każdą chwilą wyczuwała, jak ktoś zbliża się do niej od tyłu. Na kościelnym zegarze wybiła dziewiąta. Przeszywający dźwięk dzwonów umilkł wraz z dziewiątym uderzeniem. W alejce zrobiło się cicho. Nawet wiatr, który przed momentem starał się powywracać przechodniów swą siłą i poświstywaniem umilkł. Po pewnej chwili osoba podążająca za dziewczyną stanęła. Teraz czuć już było tylko oddech nieznanego. Shelly postanowiła nie zgrywać małej dziewczynki i odwróciła się.
- A... To ty... - burknęła Shelly.
- No, a niby kogo się spodziewałaś? - spytał chłopak.
- Kogoś innego - fuknęła z uniesioną głową Shelly.
- Z tego co wiem... Jesteś z Anglii, czy coś... - zaczął niepewnie chłopiec.
- Tak... Mój tata tam żył, a ja - odkąd pamiętam - gniję w tym kraju! Masz pojęcie jak jest tu nudno oraz nic, ale to nic nie jest tak cudowne jakby się wydawało?!
- Tak. No, bo... Ja też tu mieszkam... Przyjechałem do babci, ponieważ rodzice nie wytrzymywali już ze mną... Już tak dwa lata tu mieszkam! I... Podoba mi się twój sposób myślenia... No wiesz... Kraj, rodzina, życie... I takie tam sprawy - powiedział chłopak.
- Serio?! A ja myślałam, że już nigdy bratniej duszy nie znajdę... Czy czegoś... - mruknęła dziewczyna.
- Nazywam się Sharkoner. Sharkoner Andres... Wiem. Dziwne imię i nazwisko jak na kogoś stąd. Mój dziadek był Hiszpanem, a babcia Polką... Ale co ja będę opowiadał... A powiesz jak ty się nazywasz?
- Shelly. Dla ciebie tylko i wyłącznie Shelly! - rzekła dziewczyna.
- Dobra, dobra! Tylko się nie unoś... Ej, a wiesz, że na nasze osiedle... To znaczy... To osiedle... Wprowadza się Francuz z Portugalii?!
- Że kto? - zapytała Shelly - Ja wczoraj ojca spytałam o taką historię... Jakąś tam... Żeby, no wiesz... Coś dostać... Ale, że Portugalczyk z Francji?
- Nie! Francuz z Portugalii! - poprawił Andres.
- Coś kręcisz... To Portugalczyk z Francji! Sam tak mówiłeś! - upierała się Shelly.
- Dosyć! Przyjeżdża on jutro... - rzekł chłopak.
- No fajnie. Kolejny sąsiad. Pięknie! Widzę, że w Bydgoszczy już nic ciekawego się nie zdarzy - wykrzyknęła Shelly.
- Co? To ty nie wiesz?
- Czego? - spytała Shelly - Czego ja nie wiem?
- Chodź za mną, to się dowiesz - rzekł Andres.
Chłopak szybko skręcił za róg uliczki. Zrezygnowana dziewczyna ruszyła w ślad za nim. Andres puścił się przodem i Shelly ledwo co mogła go dogonić. Kilka kroków przed ruchomą ulicą chłopak przystanął na moment i wykrzyknął:
- To tam! Za tym parkiem!
- Acha... - mruknęła zdyszana dziewczyna.
Kiedy dwoje nastolatków przebiegło przez park, oczom Shelly na piaszczystej dróżce ukazała się mała przyczepa.
- I to ma być coś, co mnie zaskoczy? - spytała Shelly.
- Wchodziłaś kiedyś do środka? - zapytał chłopak.
- Nie! W życiu coś tak głupiego nie przyszło mi do głowy! - wykrzyknęła Shelly - Czy ty wiesz, co tam w środku się wydarzyło?!
- Wiem - odparł Andres.
- Rozumiesz więc, że w tej przyczepie...
- Dokonano morderstwa pani Kalinowskiej? Mówię przecież, że wiem. Ale tu nie o to chodzi...
- A o co?! Jeśli wolno spytać?! - zirytowała się dziewczyna.
- Poczekaj. Cassandra! To ja Andres. Mamy gościa! Wpuść mnie i Shelly - krzyknął chłopak.
- Co z tego będę miała? - spytał głos ze środka.
- O jeny... To co zawsze! Daj nam wejść! - rozkazał surowo Andres.
- Dobra... Już dobra! - klamka małego, bezużytecznego pojazdu otworzyła się. Zza drzwi wyjrzała rudowłosa dziewczyna - Nowa?!
- Tak się zdaje - powiedział Andres.
- Mówisz trochę mętnie... A ty... - tu spojrzała na Shelly - Obrazisz moje włosy i wypadasz! Jasne?!
- Tak. Oczywi...
W tym momencie coś huknęło w środku pojazdu.
- C-co to było? - zapytała drżącym głosem lekko wystraszona Shelly.
- No... Też bym wolała, żeby oni byli ciut CISZEJ i może by zachowywali się KULTURALNIEJ! - Cassandra krzyknęła do przyczepy.
- Ale kto?! - zapytała dziewczyna.
- Hmm... Myślałam, że już wiesz... A no tak! Nie przedstawiłam się! Nazywam się Cassandra Vlad i jestem kuzynką tego jakże irytującego wariata - tu wskazała Andresa - Bo to był JEGO pomysł! Żeby tylko następnie pokolenie było mądrzejsze!
- Ej! - oburzył się chłopak - Przypomnę ci, że to dzięki mnie tu jesteś, a nie w Pizie! Ja! Ja namówiłem twoich rodziców! A poza tym, gdybyś ich nie spotkała... To... To byłabyś teraz na spacerze z Józefiną!
- Jacy oni?! Jakich ich?! - dopytywała się Shelly.
- Matko! Sherlock. Sherlock Holmes! Mówi ci to coś? - odparła Cassandra.
- Mnie?! On jest zmyślony! Acha! I Andre powiedział: ich!
- Andres... - poprawiła Cassandra - I to nie do końca ten Sherlock. Był on pierwszy... I... Nie wyszedł. No, ale za to Anna wyszła lepiej. Tylko ma jedną wadę - za dużo papla! Gada i gada! Nie da się zatrzymać! I do tego ten Sawyer, który mówi ciągle o jakimś płocie!
- Żart. Wszystko co powiedziałaś jest naiwną błazenadą. Żadne z tych postaci nie istnieje! Chyba, że chodzi o inną Anię - rzekła Shelly.
- Andres pokaż - rozkazała Cassandra.
- Tomek! Tomek, proszę cię, wyjdź z przyczepy z Anną i... No sam wiesz kim... Tylko szybko! - zawołał Andres.
Chwilę po rozkazie chłopaka z pojazdu wyłoniła się twarz rozpromienionej, młodej Ani z Zielonego Wzgórza. Dziewczynka przypatrywała się bladej z niedowierzania Shelly. Piwne oczy dziewczyny sprawiły, że Anna Shirley pofrunęła w chmury swej wyobraźni. Za nią zaś wyszedł wysoki mężczyzna, który wcale nie przypominał tego Sherlocka. Gdy mężczyzna wreszcie raczył wyjść ze środka, z przyczepy wybiegł młody chłopak. Patrzył przez chwilę z zaciekawieniem na Shelly, a potem rzekł do Andresa:
- Gotowe.
- To jest bzdura! Kto wam kazał się przebierać?! - zapytała Shelly.
- Droga panno o cudownych oczach, których kolor sprawia, że się rumienię - zaczęła Anna - Niestety, mylisz się. Nas do niczego nie zmuszano.
- Ta marchewka ma rację - przytaknął mężczyzna.
- Jak śmiesz?! Gdybyś był na moim miejscu... Na pewno byś się zabił! - oburzyła się Ania.
- Nie sądzę. Poza tym twoje włosy to nie mój problem - rzekł mężczyzna.
- Nie no! - krzyknęła Anna.
- Cicho! - powiedziała Cassandra - Chcecie, żeby ktoś was usłyszał?
- Panienka o rajskich oczach potwierdzi, że moje włosy nie są żadnym jakimś tam warzywem! - Anna ciągnęła kłótnię.
- Macie być CICHO! - przerwał Andres - Jeśli nadal chcecie istnieć! A zresztą! Co mnie to obchodzi?! To nic wielkiego... Drobnostka! Pryszcz.
- Ohyda! Andres co ma pryszcz do drobnostki? - zapytała z obrzydzeniem Cassandra.
- Fakt jest książką. Książka życiem... - filozofował Andres.
- Że jak?! - spytał mężczyzna.
- Dobra! Chodzi... To znaczy... Faktem... - jąkał się chłopak.
- Tak się wymądrzał, a teraz nawet zdania nie wypowie! - roześmiał się Tomek.
- Wystarczy tylko księga i już was nie ma! No co?! Strach obleciał?! - zaśmiał się Andres.
- Chłopczyku, ty mi lepiej nie groź! Ja w siedemdziesiątym ósmym... - zaczął mężczyzna.
- Przestańcie! Ogarniecie się wreszcie?! - krzyknęła Cassandra - Moi drodzy! To Shelly. Shelly to Ania, Tomek i on... Będzie nam miło, jeśli nam pomożesz tu z nimi.
- J-ja? - spytała onieśmielona i zarazem przerażona Shelly.
- Nie, bo księgowy z Niemiec! Pewnie, że ty! - powiedział Andres.
- Nie, nie... Ja nie potrafię się zajmować dziećmi i staruszkiem! - odparła dziewczyna.
- Że niby kim?! Staruszkiem?! - zdenerwował się mężczyzna.
- My pójdziemy teraz do kawiarni, a wy udacie się do przyczepy! - rzekła Cassandra.
- Ale chwila! Jaki staruszek?! Toż to skandal! Kto takich ludzi wychowuje! - powiedział starszy pan.
- Shelly ma rację... Jesteś stary! - zaśmiał się Andres.
- Jasne?! Do przyczepy! - krzyknęła Cassandra.
- Tak... - odpowiedział Tomek, który musiał wyprowadzić, a teraz wprowadzić rudą gadułę i wysokiego egoistę.
***
- I jak wrażenia? Podołasz zadaniu? - zapytał Andres, zasiadając do stołu.
- Jeszcze się pytasz?! Nie wiem, na czym polegał dowcip, ale nie był śmieszny. Przez chwilę myślałam, że ci aktorzy... No ja tam się nie znam na sztuce, lecz oni nie byli przekonujący - oznajmiła Shelly.
- Po pierwsze to nie są aktorzy! A po drugie kawa czy herbata? - spytała Cassandra.
- Kawa, dzięki - odparła Shelly.
- Jeśli chodzi o Anię i Tomka... - Cassandra wypiła łyk kawy - Przynajmniej nie są jak ten nasz Sherlock! Wiesz, Sherlock Holmes - detektyw... Ale my go nazwaliśmy... Nazywamy go Sheldon. Tak po prostu... Sheldon. Ania to dziewczynka, która (jeśli wiesz lub nie) pochodzi z książki pod tytułem "Ania z Zielonego Wzgórza". Kiedy czytałam tę książeczkę, nic nie wskazywało na to, żeby to ją wskrzesić. Ale cóż... Rude włosy mnie przekonały! Co do Tomka... Andres, gdy był mały cały czas czytał przygody tego urwisa. I poprosił, aby i go wskrzesić.
- Acha... Czyli jesteście normalnie świrami i wskrzeszacie postacie z bajek? Pięknie! No cudownie! - zdenerwowana Shelly prawie upuściła swoją filiżankę kawy.
- Można to tak ująć - stwierdził Andres - Ale wezwaliśmy cię, żebyś nam pomogła... Chodzi o tego Francuza z Portugalii. To jego imię... Matthieu. Matthieu nie wzbudza u mnie zaufania... Chociaż go nie znam! Z Cassandrą musimy mieć pewność, że ten facet nam nie zagraża. Pamiętam ja takiego Francuza... Chciał Sheldona porwać na przesłuchanie, ale Sheldon to jednak Sheldon. Od razu zaczął się awanturować, że jest bardzo ważnym komornikiem urzędu holenderskiego... Gdy tak wrzeszczał i jęczał udało nam się z Cassi zorganizować plan. Było blisko porażki... Pomożesz, tak?
- Okej - odparła Shelly.
Kiedy Andres w końcu oznajmił, że wypił swoją herbatę Cassandra uznała, że nadszedł czas, aby wybrać się do antykwariatu. Idąc wąską uliczką Shelly zastanawiała się nad tą całą sytuacją. "Przecież to co mówiła Cassandra nie jest możliwe. Należy więc uznać, że członkowie rodziny Sharkoner są chorzy psychicznie! A tak w ogóle... Czemu ja nadal pamiętam to nazwisko? - myślała Shelly - Ten cały Andres powiedział mi je dwie godziny temu!" Z zamyślenia wyrwał dziewczynę złoty, ozdobny napis: "Antykwariat pod złotą sową". Na tabliczce siedziała pozłacana sowa, która najwyraźniej bardzo długo czeka na odnowienie.
- Trochę zardzewiała ta ptaszyna - rzekł chłopak stojący przed drzwiami.
- Słaby tekst na podryw - uznała Cassandra.
- Kamil! - Andres uściskał dłoń chłopaka - Co tam u ciebie i ojca?
- Nic, tylko ojciec chce mnie już na studia do Warszawy wysłać... Ale to jeszcze nie jest pewne! - odparł Kamil - A to kto?
- Nowa - rzekła Cassandra.
- Cześć, nazywam się Shelly - powiedziała dziewczyna.
- Kamil - odpowiedział chłopak.
Antykwariat w środku przypominał wielką bibliotekę, w której stare przedmioty i książki spotykały się i wspólnie czytały powieści.
- Dzień dobry, panie Teodorze! - pozdrowiła staruszka Cassandra - Czy moglibyśmy... Tę księgę...
- Witajcie. Oczywiście, że możecie. Jest tam gdzie zawsze - odparł szeptem pan Teodor.
Cassandra i Andres zaprowadzili Shelly do małego pokoju. Pomieszczenie było bardzo kolorowe, wszędzie stały filiżanki z herbatą rumiankową. Zapach gruszkowo - lawendowych świec łączący się ze smrodem papierosów przyprowadzał o dreszcze. Po środku, na maleńkim stoliku leżała gruba książka. Przy księdze czuwała zgarbiona pani, która przypominała starą bajarkę czekającą na swoich słuchaczy. W ręce kobiety Shelly dojrzała pudełeczko z lekami uspokajającymi. Cassandra podała starszej pani paczkę papierosów. Kiedy ta wskazała palcem Shelly i spytała kto to?-  Andres życzliwie odpowiedział:
- To jest Shelly... Nazwisko, niestety, nie jest mi znane, panno Konstancjo.
- Młoda damo, powiesz mi może jak brzmi twe nazwisko? Oczywiście, jeślim jestem tego warta - zapytała kobieta.
Cassandra minami i gestami namówiła Shelly, żeby odpowiedziała z szacunkiem.
- Witam panią - zaczęła niepewnie - Nazywam się Shelly Anderwhill, mój ojciec jest człowiekiem honoru, a ja z chęcią go naśladuje.
- Ale podkoloryzowałaś - skomentowała szeptem Cassandra.
Pani Konstancja odpakowała podarunek od Cassandry i zaczęła palić.
- Anderwhill powiadasz... - mruknęła kobieta - Nie znam tej rodziny, ale mogę zaufać mym wybrańcom, że ty to dobry wybór. Weź pióro w swą dłoń i napisz krótki tekst opisujący twojego ulubionego bohatera literackiego. Pamiętaj, że tylko raz możesz dokonać wyboru. Zobaczymy, kto zostanie przywołany... - starsza pani wyrzuciła papierosa za okno i wzięła tabletkę na uspokojenie - Tylko żadnego Sherlocka! Nigdy więcej takiego stresu! Może być nawet ten... Jak mu... A no tak! Huck Finn! Chociaż z Biblii...
Pani Konstancja wyszła z pokoju. W pomieszczeniu zrobiło się cicho. Dym z papierosa powoli ulatniał się przez otwarte okno. Shelly zauważyła, że Cassandra i Andres też czują się niezręcznie. Dziewczyna wzięła głęboki oddech i podniosła zestarzałe pióro. Cisza zrobiła się nie do zniesienia. Shelly postanowiła przerwać milczenie.
- I co teraz? - spytała.
- To proste piszesz nowy rozdział "Pewnej historii" - odparł Andres.
- Że czego?
- "Pewna historia" - mówiła Cassandra - To jest taka opowieść, która nie ma początku, sensu i końca. Ty masz zaszczyt otworzyć i poczuć tę książkę. Teraz to ty będziesz kontynuować naszą pewną historię.
- Dziwnie się zrobiło - zaczęła Shelly - Przychodzimy do jakiejś starej kobiety, która łyka tabletki uspokajające i popija je herbatą rumiankową. A na dodatek pali papierosy! Nie rozumiem tego! Ta pani Konstancja mówi coś o wyborze... O co tu chodzi?
- To proste! Wybierasz postać literacką, która ma coś z twojego charakteru. Konstancja tak mówi, bo sama stworzyła Sheldona...
- Ona?! - zdziwiła się Shelly.
- Tak - ciągnęła dalej Cassandra - Jej to trochę nie wyszło... Ale czy mają coś takiego samego w sobie? Oczywiście! Oboje posiadają podobny sposób myślenia i dedukcji. Więc jeśli twój bohater okaże się dziwny, ale będzie miał coś wspólnego z twoim zachowaniem bądź myśleniem to znak, że wybrana tak jak my...
- Nie obraź się, ale to brzmi jak jakaś dziwna, bardzo dziwna i podejrzana powieść... - powiedziała Shelly.
- Też tak myślałam na początku, ale potem okazało się to ciekawe. Zresztą nic mi do tego! To twój wybór i twoja szansa! Już nie przeszkadzam - rzekła Cassandra.
- Dobrze, ale czy ja mogę się o coś spytać? - zapytała Shelly - Czy moim bohaterem literackim może być Harry Potter? Wiesz... Chyba każdy by chciał go wybrać. W sensie... Ja nie mam nic do innych, ale...
- Nie! - wykrzyknęli razem Andres i Cassandra.
- To może ja powiem - zaczął chłopak - Chociaż pomyślałaś nad konsekwencją tego wyboru? Magia w naszym świecie to nic dobrego. Wiem, że my jej używamy, ale taki Harry Potter u nas w prawdziwym życiu! To byłoby samobójstwem dla narodów gdyby on ci nie wyszedł! Po prostu nie wolno wskrzeszać postaci, które potrafią czarować lub zawierają magię! I koniec kropka!
- Dobra - odparła Shelly - Teraz cięższy mam wybór. Ja chyba... Chyba... Nie dam rady!
Do pomieszczenia weszła kobieta i zasiadła na swoim bujanym fotelu. W tym samym momencie Shelly wybiegła z antykwariatu. Przez chwilę pani Konstancja milczała, lecz trwało to krótko, bo taka dama jak pani Konstancja nie może zanudzać swych gości ciszą.
- I co? Zrezy... - zaczęła starsza kobieta, lecz po chwili dopadł ją kaszel - Ten kaszel mnie wykończy! Na czym to ja... Jeszcze tu wróci. Zobaczycie. Zrezygnowała, ale powróci! Na pewno! Może... Jestem pewna na... Eee... Może i nie wróci... To nie moja sprawa! Powinniście już byli wychodzić.
Cassandra i Andres posłusznie wyszli z antykwariatu.
- Dasz wiarę? Wyrzuciła nas - powiedziała Cassandra.
- Tak. To dziwne z jej strony. Musiała coś przemyśleć. Ale co? Shelly nie podołała i tyle - rzekł Andres.
- To do mnie? - zaproponował Kamil.
- Pewnie - odparł Andres na przekór swojej kuzynce.
***
    Kiedy Shelly wróciła do mieszkania Pan Winslow jak zwykle siedział na parapecie i oglądał świat przez okno. Dziewczynka podeszła do kota i pogłaskała jego sierść. Kot spojrzał na nią po czym pobiegł do kuchni.. Shelly zrozumiała, że nikt od rana nie nakarmił Winslowa!
- Ciekawe, czemu Tom jeszcze nie przyszedł... - mówiła do siebie dziewczyna - Dobra Winslow! Najedzony? To chodź. Obejrzymy coś w telewizji?
Shelly szybko włączyła telewizor.
- No popatrzmy... Nie. Dziś nie leci nic ciekawego... - dziewczyna przerwała na chwilę, ponieważ przełączyła na kanał, na którym włączyła się reklama - Serio?! Reklamy Wedla o dobrym nastroju?! Dzięki ci telewizjo! Wielkie dzięki! Dobry humor...
Do nocy Shelly czytała nową książkę. Kiedy na zegarze wybiła dwudziesta w dziewczynie pojawił się niepokój. "Po Tomie nadal ani śladu - myślała Shelly - On zawsze przychodził o osiemnastej, a jak miał ważne spotkanie, to chociaż dzwonił... Może ja się zbyt martwię... Nie chce skończyć jak ta kobieta... Ciągle pije te swoje herbatki i zażywa tabletki... Ohyda! Już wiem! Jak zasnę, to obudzę się rano! Przed chwilą to brzmiało mądrzej... No nic, droga Tarantulo... Jutro cię doczytam!
Rankiem lejący się z nieba deszcz obudził dziewczynę. Gdy dziewczyna spojrzała na zegarek, ogromnie się zdziwiła:
- Już jest dziesiąta?! - spytała samą siebie - Jak to możliwe?! I gdzie jest Tom?! On nie pracuje w sobotę! Winslow, wiem, kto nam może pomóc. Tylko... Chyba już wiem kogo wskrzeszę!
Pan Winslow spojrzał się na dziewczynkę. Pewnie chciał powiedzieć: "Wariatka!". Shelly, widząc minę kota, zrozumiała, że ten nie ma o niczym pojęcia.
- Panie Winslow! Proszę się na mnie nie patrzeć jak na kogoś chorego umysłowo! Sam pan zobaczy! Zaraz wrócę - powiedziała Shelly i poszła się przebrać. Wracając z pokoju przyniosła plecak - Dobrze nam się spało w salonie, co? Dobra! Jedz to kocie jedzenie! No nie marudź! To jest pyszne! PYSZNE! Zjadłeś już? Wskakuj do plecaka! No już!
Drzwi od klatki schodowej zatrzęsły się, gdy Shelly wyszła na dwór. "Okej... Z tego co pamiętam, muszę skręcić w bukową alejkę, potem w klonową i do parku! No a następnie na dróżkę: - przypomniała sobie Shelly.
- Halo? - zawołała dziewczyna, kiedy doszła do przyczepy.
- Co zno... A to ty - powiedziała Cassandra.
- Tak to ja... - odparła Shelly - Mam zamiar napisać nowy rozdział.
- Hej... - przywitał się Andres.
- Witaj, pięknooka panno - powiedziała Ania.
- No... Dzień dobry... - rzekł Sheldon.
- A gdzie Tomek? - spytała Shelly.
- Poszedł na przeszpiegi - odparł Andres.
- Po co? Gdzie? - dopytywała się Shelly.
- Wczoraj przyjechał ten Matthieu - tłumaczył Andres - Wiem, że miał przybyć dzisiaj, ale zrobił to wczoraj... To jest zbyt podejrzane...
- Wczoraj?! Mój tata nie wrócił na czas do domu - dopowiedziała Shelly - Myślisz, że ma to coś wspólnego z tym mężczyzną?
- Pewnie tak... - rzekła Cassandra - Musimy iść do antykwariatu.
- Dobra... - odparła Shelly.
***
- Jesteś pewna, słonko? - spytała pani Konstancja otwierając drzwi antykwariatu.
- Tak - odpowiedziała Shelly.
- Zatem dziecko weź w swą dłoń pióro i pisz - rzekła kobieta po czym poszła zagrzać wodę w czajniku.
- Okej... Pora zacząć rozdział... - powiedziała Shelly.
Dwie godziny później powieść Shelly w końcu dobiegła końca. Nagle z książki zaczęło wypływać światło. Promienie jasności prawie oślepiły dziewczynę. Cassandra i Andres mieli założone okulary przeciwsłoneczne. Najwyraźniej zapomnieli dopowiedzieć o tym świetle. Po około minucie blask płynący z księgi zgasł i za znikającymi promieniami wyłoniła się postać czarnowłosej dziewczynki. Jej ciemne oczy spojrzały na Shelly.
- Co tam? Jak się macie? Dzisiejszy dzień jest przepiękny! Nieprawdaż? - spytała dziewczyna.
- Nie wyszła ci - mruknęła Konstancja - Tak czasami bywa... Mój Sheldon też nie jest idealny... Cóż... Zrobiłaś, co mogłaś...
- Że ja nie wyszłam? - oburzyła się dziewczyna - A kto z trudem wychodził z tej księgi?! Ja!
- No... Typowy Sheldon - powiedziała Cassandra.
Do pokoju wbiegł zdyszany Tomek.
- Kra kra! - krzyczał najgłośniej jak potrafił.
- Co ty znowu mówisz? - spytał Andres.
- Kra kra! - krzyknął Tomek i wyjaśnił całe wydarzenie - Bo ja go śledziłem... Wierzcie mi lub nie, ale gdy gadał do tej skrzynki...
- Telefonu - poprawiła Cassandra.
- No przecież mówię! Rozmawiał z kimś o jakiejś dostawie heroiny i morfiny... Nie zrozumiałem o co w tym chodziło, ale mówił też o trudności transakcji. Powiedział również, że trzeba będzie takiego Jana Badzimskiego porwać dla okupu czy czegoś... O! I pytał się o tutejsze antykwariaty! Myślicie, że on chce księgę?
- To jest oczywiste! - rzekła Cassandra - Mężczyzna nie tylko jest narkomanem, ale i pragnie zabrać "Pewną historię". Boję się, że jak dostanie książkę w swe ręce wskrzesi to, czego się obawiamy...
- W takim razie co robimy? - spytała panią Konstancję Shelly.
- Dziecko... Przeniesiemy ją w inną część Bydgoszczy - rzekła kobieta.
- Na co czekacie?! Wsiadajcie do vana! - krzyknęła Konstancja.
Cassandra szybko spakowała do plecaka wszystkie tabletki, woreczki z herbatą i papierosy pani Konstancji. Andres pobiegł szybko po Kamila, a Shelly wzięła księgę. Van kobiety był koloru granatowego takiego jak wieczorne wrześniowe niebo. Pani Konstancja wyjechała autem z garażu i kierowała się w stronę parku, za którym stała sobie przyczepa. Sheldon nie był zadowolony, gdy ujrzał swoją twórczynię. Ania zaś oszalała na widok tak przecudnego kota.
- Co to za słodki kot? - spytała podekscytowana Ania.
- To... To jest Pan Winslow - odparła Shelly.
- Nie gadać tylko wsiadać! - zawołała kobieta.
Jadąc w korku, starsza pani próbowała opanować stres. Samochód jadący przed Konstancją ostro zahamował. Kobieta w ostatnim momencie uniknęła wypadku. Zdenerwowana pani Morawska wyszła z auta i nakrzyczała na kierowcę:
- Co pan sobie myśli?! Jak można zahamować bez ostrzeżenia?! Tutaj nawet nie ma sygnalizacji świetlnej! A może zauważył pan cudem pasy?!
- Co pani mówić? Pani za szybko posługiwać się język. Proszę posłuchać! Ja nie być stąd, ja być z Portugalia! Ja przepraszać za mój język, ale ja umieć doskonale tylko hiszpański. Polski ja się dopiero uczyć - powiedział mężczyzna.
- Chwila... Matthieu? Tak pan się nazywa? - spytał Andres.
- Tan. To znaczyć... Tak - odparł wysoki mężczyzna.
- O Matko! - zawołał Tomek - To facet od transakcji!
- Uciekajmy! - krzyknęła Cassandra.
Pani Konstancja wsiadła do najbliższego autobusu i oznajmiła, że na pewno jeszcze się spotkają.
- To ty być?! - mężczyzna zrobił groźną minę - Jak ty?! Ty wyglądać jak... Jak... Sawyer... Wy posiadać libro?! Księgę?! Wracać!
Pięcioro nastolatków, dwoje dzieci i jeden starszy pan pobiegli co sił w nogach do pobliskiego parku. Napięcie było zbyt silne by się zatrzymać. Najwyraźniej wszyscy czuli to samo, bo dopiero przy Kanale Bydgoskim Sheldon uznał, że nie pobiegnie dalej.
- Jesteśmy na Wyspie Młyńskiej... - mówiła Cassandra - Może pójdźmy powoli i spokojnie do opery... To będzie nasz punkt wyjścia...
- Co to miało być? - spytała się Shelly.
- Uwierz mi na słowo poprzedni Francuz wyglądał przyjaźniej... Ten facet jest groźniejszy od Abueli! A zrozum, że nasza babcia uderza cię wałkiem po plecach jeśli się źle odezwiesz bądź nie będziesz kulturalny - rzekł Andres.
- Ty to umiesz pocieszać! - powiedziała Shelly.
- Eee... Shelly... Twój kot... On chyba... - zaczął Kamil.
- Panie Winslow. Musisz być dzielny... To zwykła woda... Nic strasznego... - uspokajała kota Shelly.
- Idziemy do tej opery?! Zaraz nas Boże Narodzenie zastanie! A tak w ogóle... Pan Winslow to idiotyczne imię... Zwłaszcza dla kota - orzekła Cassandra.
- Mi się podoba - stwierdziła Ania.
- Ten mężczyzna zachowywał się podejrzanie... Myślę, że on chcę księgę - rzekł Sheldon.
- No brawo Sherlocku! - klasnął w ręce Andres.
- Wiesz... No nie musiałeś, ale... - Sheldon zarumienił się ze szczęścia.
- Sheldon! To nie była pochwała! - zirytował się Andres.
- To ty sobie tak twierdź... Dla mnie to była POCHWAŁA - Sheldon wytknął język.
- Idziemy! - zawołała Cassandra - Wyglądamy jak grupa chorych i szalonych ludzi!
Droga do opery okazała się bardzo trudna. Sheldon cały czas jęczał. Tomek zabrał jakiejś kobiecie jabłko, a Ania weszła na starą wierzbę i udawała, że jest księżniczką w wieży. Najgorszy zamęt wprowadził Pan Winslow. Najpierw trzeba było go ściągać z dachu punktu informacyjnego, a potem, gdyby tego było mało wilczur wraz z szarym sznaucerem postanowił złapać ogon kota. Po półgodzinnej ucieczce przed psami w końcu udało się dojść do opery.
- To było okropne - jęczał Sheldon.
- Nigdy więcej! - przyłączył się Kamil.
Nagle do nastolatków podeszła dwójka rudowłosych dzieci.
- Sam i Ruby? - zdziwiła się Cassandra.
- Cassandra? I... Andre? - spytała dziewczynka.
- Ruby! To jest Andres! - poprawił chłopak.
- Co tam u was? Jak minęły wakacje? - spytał Andres.
- Nic się nie wydarzyło... Tylko uratowaliśmy rodzinę i odkryliśmy tajemnicę rodziny Kruger - odparł Sam.
- A Narcyza? Dostała się do szkoły muzycznej? - zapytała Cassandra.
- Tak - odpowiedziała Ruby - Tylko ona twierdzi, że już nie chce zostać muzykiem... Woli zostać archlenogiem.
- Archeologiem - poprawił Sam - Przyjechaliśmy tu na święta, ale tata pomylił daty...
- Czy ja mogę się o coś spytać? - zapytała Ruby.
- Pewnie! - odparł Andres - Tyle, że to było twoje pytanie, które chciałaś zadać?... Czy jeszcze jedno zadasz?
- Co to za staruszek? A te dzieci?! Wyglądają jak ta... Ania i Tomek! - zawołała z wrażenia dziewczynka.
- Eee... To dłuższa historia! - odpowiedziała Cassandra.
- Na nas już czas! - powiedział Sam i wziął Ruby za rękę.
Kiedy bliźniaki poszły do swoich rodziców Shelly postanowiła się odezwać:
- Kto to był?
- Rodzina z Rzymu - odparł Andres.
- Dochodzi piętnasta - mówiła Cassandra - Wygląda na to, że prześpimy się w operze... Oczywiście jeśli tylko nam pozwolą...
Po wejściu do budynku Cassandra udała się wraz z Shelly do kasy biletowej. Gdy tak szły niepewnie Cassandra przyspieszyła kroku i zapytała:
- Dzień dobry panu... Czy moglibyśmy wraz z naszym dziadkiem przenocować tu? Wiem, że to nie hotel, ale...
- Pozwolę wam tutaj spać jeśli... Jeśli złapiecie tego złodzieja! Cały czas kradnie nam instrumenty! A co najgorsze... Nigdy nie wychodzi i nigdy nie wchodzi... On tu jest cały czas...
- Doskonale się składa! Nasz dziadek jest byłym detektywem wydziału kryminalnego w Katowicach... - powiedziała Cassandra.
- Jakim byłym?! Ja cały czas jestem i będę najlepszym detektywem! - rzekł Sheldon.
- No jeśli mamy do czynienia z profesjonalistą to możecie tu zostać na noc - orzekł mężczyzna.
- Jeszcze się pan zdziwi jak szybko odnajdziemy tego złodzieja - zaśmiała się Tarantula.
Gdy Bydgoszcz pokryła się w mroku nocy w operze słynny detektyw miał za zadanie złapać złodzieja instrumentów.
- Jak już mówiłem Tomek, Ania i ta Tarantula mi pomogą - rzekł Sheldon - My nie potrzebujemy snu. No... A wam się przyda.
- Dobrze. Zrób jak uważasz - odparła Cassandra.
- Nie musicie nas zatrzymywać... Damy radę - powiedział Sheldon.
- No to idź! Nikt cię nie zatrzymuje... - mruknął Andres.
Drzwi od sali, w której przebywają Shelly, Kamil, Cassandra i Andres huknęły. To Sheldon trzasnął nimi z wściekłości, ale teraz bardzo tego żałował. Przecież mógł tym uprzedzić złodzieja. Z każdą sekundą serca Ani, Tomka i Sheldona biły coraz mocniej. Tylko Tarantula nie wyczuwała wielkiego napięcia.
- O co wam chodzi?! Chodzimy tylko po ciemnej operze pełnej obrazów i instrumentów! - powiedziała Tarantula.
- Łatwo ci mówić droga panno! - mówiła Ania - Nie w każdym budynku muzyki grasują złodzieje!
- Kra kra! - zawołał Tomek.
- Co ty masz z tym "Kra kra", co? - spytał Sheldon.
- To jest sygnał! - szepnął Tomek - Właśnie widziałem w tamtej sali harfę, a teraz... Teraz jej nie ma!
- Co mówisz? - spytała Tarantula, która niedosłyszała tego co powiedział Tomek.
- Złodziej już działa! - krzyknął chłopak.
- To co robimy? - spytała Ania.
- A bo ja wiem... Może go poszukamy! - odparła Tarantula.
- Dobry pomysł... Choć mój jest lepszy. Poszukamy złodzieja - rzekł Sheldon.
- Przecież to powiedziałam!
- Ale mój pomysł jest lepszy i tyle!
Nagle coś upadło na ziemię.
- Przepraszam... To te talerze...
- Sheldon! Bądź już cicho! - szepnęła Tarantula.
Na scenie pojawił się ogromny cień, który niczym wielki król przyglądał się grupce ludzi w mroku. Nastała cisza. Ktoś musiał przerwać milczenie. Niestety zrobił to Sheldon.
- Witam pana w tę przepiękną noc - zaczął niepewnie - Wiem, że przerywamy panu w ważnej sprawie, ale... - Sheldon zniżył głos do szeptu - I co teraz mam powiedzieć?
- Hej. Proszę pana! - odezwała się Tarantula.
- Czego chcecie ode mnie? - zapytał z rosyjskim akcentem mężczyzna.
- Mamy panu do zaoferowania wysokiego mężczyznę - ciągnęła dziewczyna - To jak będzie?
- A czy on nazywa się  Jan Badzimski? - dopytywał się mężczyzna.
- Nie... Ale Matthieu chciał dorwać tego...
- O nie... - mężczyzna wyjął telefon - Szefie... Obawiam się, że mamy mały kłopot... Ktoś tu jest i zna pana... Tak jest! Ja Billy dam radę! Mam tak nie mówić? D-dobrze...
- Billy? Billy Bekow? - spytała Shelly wchodząc do sali koncertowej.
- Tak. A kto pyta?!
- Ja Shelly. Znał pan mojego ojca Toma i...
- I czy wiem gdzie jest? - dokończył Billy - Owszem. Może i wiem, ale on nie chce cię widzieć... Bardziej zabić... Czy coś w tym rodzaju...
- Dobra. Puśćcie go... - powiedziała Shelly.
- Dziękuje bardzo - odparł Billy, po czym wybiegł z sali.
- Coś ty zrobiła?! - zapytał Andres, gdy mężczyzna wyszedł.
- Uspokój się! Trzeba szybko zostawić wiadomość, że złodziej został złapany i oddał instrumenty... Idziemy śledzić tego Billego!
***
    Idąc za Billim podmokłą uliczką Shelly próbowała zrozumieć co powiedział jej Rosjanin."To niemożliwe, żeby to Tom chciał mnie zabić! - myślała dziewczyna - On po prostu próbował mnie zmylić!" Billy doprowadził całą grupę do opuszczonej apteki.
- Myślę, że to tu - powiedział Sheldon.
- No co ty nie powiesz - odparł Kamil.
- Chłopaki cisza! - szepnęła głośno Cassandra.
- Wchodzimy za nim - rzekła Tarantula.
W starej aptece, jak można było się spodziewać nikogo ani niczego nie było widać. Cassandra podała wszystkim latarki. W budynku stało się trochę jaśniej.
- No, no! - usłyszeli znajomy głos - Ja się zastanawiać gdzie wy być... A ja przecież być wielki mafiozo... Ja być taki miły, a wy tylko być nadąsane dzieciaki! Billy! Weź słodkie dzieciątka! Zostaw mi tylko postacie literackie!
- Puszczaj! - wrzasnęła Cassandra wyrywając się z rąk mężczyzny.
Kiedy Billy złapał wszystkich normalnych członków grupy przyszedł czas na resztę.
- My ci się nie damy! - zawołał Tomek.
- Właśnie. Otóż my drogi panie nie damy ci się złapać! - krzyknęła Anna.
- Nie masz szans! Nie znasz zaklęcia! - rzekł Sheldon.
- Naprawdę? A może być takie?! Sharimus polimus hakitunus bakitres sehrune - powiedział Matthieu.
W tym samym momencie, gdy mężczyzna wypowiedział magiczne słowa wszystkie postacie literackie, które stały nie mniej niż jeden metr od księgi, wyszły na zewnątrz i upadły.
***
Rano, kiedy słońce leczy urazy mroku przed budynkiem apteki leżeli wskrzeszeni bohaterowie książek. Na zegarze jednego z kościołów wybiła ósma, kilka minut później na drugim zegarku wydzwoniła ta sama godzina.
- Na mojego Watsona! - zawołał Sheldon - Już ósma! Kochani towarzysze wstawajcie!
- Co znowu? - zapytała Tarantula.
- Czemu nas pan budzi o tak wczesnej porze? - spytała Ania.
- Wczorajsza noc... Wypowiedział zaklęcie... Ale zrobił to źle... Bo gdyby wszystko poszło po jego myśli nie pamiętalibyśmy zdarzeń z przeciągu doby - rzekł Sheldon.
- Musicie to zobaczyć - zawołał Tomek z wnętrza apteki.
- Co zauważyłeś? - spytała Ania wchodząc do budynku.
- To - chłopak wskazał ręką spalone pomieszczenie - Wszystko podpalili! Nie mamy poszlak ani księgi!
- No... Może masz rację, ale zostało to - Tarantula wzięła w dłoń małą kartkę, która leżała na podłodze - Na tym kawałku papieru jest narysowany krzyż z wężem...
- O! Ja wiem co to za znak! - krzyknął Tomek - Daleko pod ziemią widziałem taki sierociniec sprzed lat...
- Myślicie, że ci niemili panowie mogli tam przebywać? - zapytała Ania.
- Musimy wybrać się do tego sierocińca - rzekł Sheldon.
Wejście do kanałów okazało się złym pomysłem, na który wpadł Sheldon.
- Jak tu śmierdzi! - jęczała Ania.
- To nie był mój pomysł! - powiedział Tomek.
- Ale to ty nam opowiedziałeś, że widziałeś w podziemiach sierociniec więc nie marudź! - krzyknął Sheldon.
- Ja nie jęczę! Tylko Ania! - usprawiedliwił się chłopiec.
- Eee... Chłopaki! Musicie to zobaczyć! - zawołała Tarantula.
- Co znowu?! - zapytał poirytowany Sheldon dochodząc do dziewczyny - Jakbyś zauważyła chodzimy po ściekach!
- To ten sierociniec! - powiedział Tomek.
- To ja zagadam właściciela budynku, a wy rozejrzyjcie się - rzekł Sheldon.
Drzwi sierocińca przeraźliwie skrzypnęły. Sheldon poczuł jak dreszcze przechodzą mu po plecach. Zimne spojrzenie starej pani, która otworzyła drewniane wrota budynku złamały ze strachu mężczyznę.
- Czego pan chce? - zapytał schrypiały głos kobiety.
- Eee... Ja... No ten... - jąkał się Sheldon.
- Jakiś pan dziwny - rzekła starsza pani - Powie pan po co tu przyszedł?
- Jestem z wydziału Bezpiecznej Higieny Pracy i doszły mnie słuchy, że pańska placówka jest poważnie zainfekowana wirusem... Polio... I moim zadaniem jest porozmawiać z panią czy to co mówią jest prawdą. Może to pani potwierdzić? Panno...
- Nazywam się Kalinowska! A mój sierociniec to moja sprawa! - odparła kobieta.
- Kalinowska? - zdziwił się Sheldon - Przecież pani ni żyje! Ta przyczepa...
- Przyczepa?! A... O to panu chodzi! Sprzedawałam w niej warzywa - odpowiedziała pani Kalinowska.
W tym samym momencie, gdy Sheldon rozmawiał z właścicielką sierocińca, Tarantula wraz z Tomikiem i Anią zakradła się do środka budynku. Dom Świętej Marii od środka przypominał zakład psychiatryczny. Wszędzie białe ściany i tylko czasami na jednej z nich pojawia się chmurka. Meble pochodziły najwyraźniej z poprzedniej epoki. Obrazy, które wisiały na białych murach budynku przedstawiały Święte męczennice.
- Tu jest dziwnie! - szepnął Tomek.
- Tak... Przynajmniej nasz Sherlock daje sobie rade! - powiedziała Tarantula.
- Czarnowłosa królowo snów - zaczęła Ania - Jest może coś napisane na tej karteczce?
- Nie tylko ten... - nagle oczy Tarantuli zaświeciły się ze zdziwienia - To jest list! Tak...
- Daj mi to! Ja przeczytam! - krzyknął Tomek - Dobra... Ćwiczyłem! Tu napisano: "Droga Alicjo! Piszę do Ciebie ten list, ponieważ wiem, że to koniec. Tak, Matthieu zamierza zabrać "Pewną historię"... Obawiam się, że już Cię nie zobaczę! Pamiętaj jedno: ZAWSZE CIĘ KOCHAŁEM... Twój Billy".
- Jaki sztuczny list! Ten Billy nie ma pojęcia o uczuciach! - oburzyła się Ania.
- Trzeba odnaleźć tą Alicję! - powiedział Tomek.
- Tak. Masz rację... Pieczątka wskazywała na to miejsce... Tylko Billy nie wysłał tego listu?! - zastanawiała się Tarantula.
- Chodźcie! Mam pomysł! - rzekła Tarantula.
Ania czuła się dziwnie idąc za rękę z Tomkiem. Tarantula wpadła na - według niej - genialny pomysł. Tomek i Anna mięli zachowywać się bezczelnie, a ona udawać ich matkę.
- Witam panią - powiedziała z uniesioną głową Tarantula.
- Dzień dobry - odpowiedziała zdziwiona kobieta.
- Moje dzieci są takie denerwujące i niegrzeczne! - mówiła dziewczyna - Chciałabym, aby to pani Alicja się nimi zajęła!
- Pani Alicja już tu nie pracuje - odparła surowo pani siedząca za ladą.
- Jak to?! - zapytała Tarantula.
- Jak to " jak to"?! Proszę pani to jest poważna placówka!
- Mamusiu... Czemu ta pani ma nos jak wiedźma? - spytał Tomek.
- Jak śmiesz?! Co z ciebie za niewychowany dzieciak! - oburzyła się kobieta.
- Możemy chociaż obejrzeć ten sierociniec? - zapytała Tarantula - Wie pani... Muszę mieć pewność, że zostawię tu swoje dzieci!
- Tak. Proszę zabrać stąd te małe potwory!
***
- Co to był za plan? - zapytała Ania.
- Cicho! Ważne, że jesteśmy już o krok od znalezienia...
- Biuro Alicji! - krzyknął Tomek.
- Wchodzimy - rzekła Tarantula.
Pokój, w którym pracowała niegdyś Alicja był bardzo zaniedbany. Wszystkie półki na książki leżały na podłodze tak jak dokumenty. Na suficie wisiał zdechły pająk, a po drewnianej desce chodziła rodzina szczurów.
- Ohydztwo! - wrzasnęła Ania.
- Lepiej niż w śmietniku - mruknęła Tarantula.
- Spójrzcie! - zawołał Tomek i wskazał fotografię wiszącą na ścianie. Na zdjęciu znajdował się Billy, Matthieu i prawdopodobnie Alicja.
- Wygląda na to, że Matthieu był dobrze znany... - powiedział Tomek.
- Tak to wygląda, lecz... - Tarantula zdjęła fotografię z gwoździa - Zobaczcie! Rachunek i coś w rodzaju listu... Dopiero dziś go odebrano!
- To jakim cudem on tu się znajduje?! - zapytał Tomek.
- Myślę, że Alicja odeszła sama dzisiaj o szóstej...
- Skąd wiesz? - spytali równocześnie Ania i Tomek.
- W tym liście jest tylko napisane: "Odejdź z pracy i przyjedź do piwnicy w Teatrze Polskim".
- To chyba już wiemy gdzie iść - powiedział Tomek.
***
- Jesteście pewni, że to tu? - spytał zdyszany Sheldon wchodząc do teatru.
- Tak! Jest piętnasta... - mówiła Tarantula - Teraz grają "Pchłę szachrajkę"...
- To do piwnicy! - zarządził Tomek.
Drzwi od podziemi teatru były otwarte. Światło, które rozbłysło w piwnicy pochodziło z małej żarówki, którą zapalił Matthieu.
- No proszę! - powiedział do siebie - Myślałem, że już was nie zobaczę!
- Uciekajcie! - krzyknęła z rąk Billego Cassandra.
- Cicho być! - krzyknął Billy.
- Nareszcie! Już mogę wskrzesić moją córkę Shelly! Matthieu Anderwhill zawsze zwycięża!
- Zaraz! Stop! - krzyknęła Shelly.
- A ty czego chcesz?! - zapytał mężczyzna.
- Ja nazywam się Shelly Anderwhill...
- Co?! Tom! Mówiłeś, że dziewczynka nie żyje!
- Skoro pan jest Anderwhill to Tom nazywa się... Jak się nazywa? - zapytała Shelly.
- Anderwillch! Tak się nazywa! - krzyknął Matthieu.
W tym samym momencie kula z pistoletu trafiła w głowę Toma - mężczyzna popełnił samobójstwo. Po wyjaśnieniu wszystkiego co ukrywał Tom, Shelly trafiła do domu ojca. Tak kończy się ta "Pewna historia". Każdy żył długo i szczęśliwie..."
- Mamo? - spytała czteroletnia dziewczynka.
- Tak, skarbie?
- To opowiadanie... Ono... To twoja historia?
- Tak, córciu... To moja pewna historia - odpowiedziała dorosła Shelly.   

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza